Pani Nina odgraża się, że nie pójdzie na maskaradę. Ma po temu wiele powodów. Po pierwsze, sytuacja ogólna… Nie wypada wprost bawić się, kiedy marka polska… I w ogóle, te nieustanne kryzysy gabinetowe… Każdy patriotycznie usposobiony Polak (i Polka)…
Po drugie, poziom naszych maskarad obniżył się w ostatnich czasach strasznie!
— Przyznacie chyba, ze to nie jest zabawne, ocierać się o panie ze sfer, które nie są wcale sferami… Słuchać głupich i niesmacznych zaczepek panów, znajdujących się pod dobrą datą… Albo stać się bohaterką awantury w kiepskich stylu, awantury, jakich dziś moc na każdym korku, niekończącej się nawet na mecie..?
Po trzecie, Pani Nina nie ma odpowiedniego domina…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Godzina trzecia popołudniu. Buduar Pani Niny. Telefon.
— Tak, to ja. — Kto mówi?
— . . . . . . . . . . . . .
— A, to pan? Dzień dobry… Co? Nie, nie będę. — Nie chce mi się.
— . . . . . .
— Nie pójdę!
— . . . . .
— Nie. — Dowidzenia.
Godzina czwarta popołudniu. Telefon
— A, jak się masz! — Nie nie będę… Mam migrenę… Tak.
— . . . . .
— Jesteś niemądry!
— . . . . . .
— Komuś innemu nawymyślałabym za… Nie, coś podobnego! — Wypraszam sobie w ogóle po… Nic a nic mnie to nie interesuje…
— . . . . .
— Tym lepiej. Powiedz jej ode mnie, że życzę wam obojgu wszelkich możliwych i niemożliwych uciech… Tak: owszem: dopuszczalnych i niedopuszczalnych… Ależ, proszę bardzo! — Niech sobie pan tylko nie wyobraża, że to mnie obchodzi!..
— . . . . . . . . . . . . .
— Nie, nie spotkamy się! Powiedziałam i nie zmienię!
— . . . .
— Nie, dowidzenia: żegnam!
Godzina piąta popołudniu. Telefon. Piąta piętnaście. Telefon. Telefon, telefon, telefon, telefon… Pani Nina zaczyna się denerwować.
O szóstej wpada, jak bomba, Pani Nuna, przyjaciółka Pani Niny.
— Jak to? Jeszcze nie jesteś uczesana?! Nie idziesz na maskaradę?
— Nie idę.
— Oszalałaś? Najwykwintniejsza zabawa sezonu? — Przecież wiesz, że będzie Staś R.
— Naprawdę? — Pani Nina jest zelektryzowana, Ostatnia wiadomość zburzyła jej spokój. Nie chce jednak tego po sobie pokazać, więc mówi z lekka znużonym głosem:
— Myślałam, że siedzi na wsi… Że też mu się chce przyjeżdzać do Warszawy na jakąś tam głupią redutę!
— Nie udawaj! Przecież wiesz, że przyjeżdża wyłącznie dla ciebie.
— Żartujesz.
— Bynajmniej!
— Ale ja nie pójdę.
Pani Nuna opuszcza po kwadransie przyjaciółkę, wyczerpawszy wszystkie argumenty.
Jest niepocieszona. Między nami mówiąc, jest uradowana. Staś R. wpadł jej od dawna w oko. Tylko, że to był flirt Niny i bodaj nawet zanosiło się między nimi na coś poważniejszego… Nie wypadało rywalizować z przyjaciółką. — Ale tak… Tym lepiej! Ma wolną rękę… Staś R. jest ślicznym chłopakiem! Ma taki niezwykle męski typ. No, i działa na kobiety, jak szampan: podnieca nadzwyczajnie!
Pani Nuna waha się chwileczkę, po czym wsiada do dorożki i każe czym prędzej wieźć się do domu. Jest ładna, musi być jeszcze ładniejsza! Jest już ubrana, musi być jeszcze bardziej ubrana! Ma pod suknią koloru orange takież combinaison… To nie ma sensu! Wyobraźmy sobie, że w salach redutowych wybucha o trzeciej nad ranem pożar… Może powstać tłok, zerwą z niej suknię, albo podrą ją na niej… Wyglądałaby groteskowo w pomarańczowych… Nie, włoży suknię czarną, jak noc. Pod spód, oczywiście, czarny jedwabny trykot. W razie jakiejś katastrofy… Jak to dobrze, że oszczędzała dotąd ostatnią parę swoich paryskich pończoch… Takich nie ma dziś w Warszawie… . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Pani Nina mam mocny charakter. Każdy raz coś postanowi, musi się stać tak, jak ona chce. Musi! To też, gdy w pół godziny po odejściu przyjaciółki, pani Nina zdecydowała się iść na maskaradę — zaczęła od razu działać z nieubłaganą stanowczością i pośpiechem., godnym Juliusza Cezara. W kilkanaście minut zmobilizowała całą służbę. Pokojowa pojechała do pana Aleksandra, fryzjera. („Żywego, czy umarłego przywieziesz mi go, Tosiu, choćby się tam baby miały powściekać! Powiedz, że mu tego nigdy nie zapomnę! Aha, i powiedz jeszcze, że dostanie dziś ode mnie należność we frankach szwajcarskich!”)
Kucharka szykuje kąpiel dla pani. Panna Anna, garderobiana, aranżuje czarne domino. Tę paryską klamrę od kapelusza (Cudne sztrazy! Takich nie ma dziś w Warszawie) da się z boku, jako podpięcie…
Pani Nina robi sobie tymczasem manicure. (Sama Telefonowała do Ignacego i Stefana, ale wszystkie panny, oczywiście, już wyszły, bo też idą na maskaradę… Och, ten demokratyzm..!)
O dziewiątej, wykąpana, troszeczkę zdenerwowana, ale różowa, jak szesnastoletnia dziewczyna, śliczna, (będzie miała swój jour! będzie miała swój jour!) — wita wkraczającego pośpiesznie Aleksandra…
— Nareszcie!
Pan Aleksander zabiera się do kompozycji, przebierając po kasztanowatych, jedwabistych włosach Pani Niny pasażami, godnymi Hofmana… Ten człowiek jest Kubelikiem w swoim fachu! Pani Nina robi tymczasem jeszcze raz manicure. Po kąpieli jest to wprost nieodzowne. O godzinie pół do jedenastej jest uczesana. Gładziutko. Prawie ascetycznie! Wiedzieli Ojcowie Kościoła co robili, zalecając ascezę… Po tym leciutka przekąska. Szklanka herbaty z cytryną, plasterek mięsa, ćwierć kieliszka portwajnu… Punktualnie o dwunastej Pani Nina siada do auta. (Auto wynajęte. Któż widział jechać na redutę własnym powozem, lub autem?) Jedzie sama jedna. To takie zabawne… . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
W pięć minut po przybyciu na maskaradę, Pani Nina odkrywa w którejś z sal redutowych Stasia R.
Właściwie wprzód jeszcze, nim go spostrzega, w y c z u w a jego obecność…
— Tak to on!
Któż ma w Warszawie równie kapitalny profil i podobne włosy koloru przydymionego złota? Któż ma równie smukłe linię i rasę, r a s ę, widoczną w każdym geście, każdym ruchu..?
Zbliża się do niego, mówi zmienionym zupełnie głosem:
— Znam cię, ładny urwisie…
Czarne domino odwraca się z niechęcią od Pani Niny. Naturalnie! To ta niemądra Nuna! Myślała, koteczka, że jej się uda wyzyskać rzadką okazję…
Staś R. Jest poważnie zaintrygowany. Pani Nina powiedziała mi na ucho kilka skandalicznych rzeczy o masce, z którą rozmawiał przed chwilą. — Waha się… Z którą pójść? Tamta pachniała tak jakoś niezwykłą mieszaniną piżma i jeszcze czegoś… Ta znów zdaje się mieć wprost urocze nogi… I ten głos… Kogoś przypomina. Ale kogo? Śmieje się… Bagatela! Co za usta..! Jakie olśniewające zęby!
— Czy pan nie chciałby mi towarzyszyć? Mam kilka ciekawych nowin dla pana…
Staś R. Kompletnie zawojowany, idzie po chwili posłusznie za tajemniczą czarną damą. Niebawem siedzą razem przy stoliku i piją szampana… Parę razy ukazuje się w pobliżu czarne domino, z którym Staś rozmawiał przed chwilą… Tamte domino. Staś nie zwraca na nie najmniejszej uwagi… Pani Nina triumfuje! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Muzyka gra jakieś niesamowite shimmy… Szampan zaczyna krążyć w żyłach, prędzej, gorącej, mocniej…
Tłumy ba tej reduciem tłumy!
Wprost niewiadomo, jak i kiedy mijają godziny. Boże, jak gorąco! Straszny upał..!
Oczywiście, Staś wie już od dawna z kim pije szampana. Ale udaje, że nie wie. Przewiduje że zdobycie twierdzy Berg-Op-Zoom pójdzie łatwiej, jeżeli oblegające wojska będą szturmowały fort bezimienny…
W forcie gorąco, strasznie gorąco! Nic dziwnego. Prażą go karabiny maszynowe i lekkie działa, pociski, rozpalone do białości, biją w strome blanki i dumne bastiony…
— O, rozkoszna forteco! Poddaj się… . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Gdzieś bliskom zapewne na Warszawskim ratuszu bije godzina piąta, Jazz-band zanosi się dziwnym, melancholijnym śpiewem. Skrzypce spazmują, tuba jęczy, mała pikulina świergoce długie wariacje na temat swawolny… Bębenki wpadły w szał!
Tłumy, tłumy dziś na reducie… . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Siwym, błękitno-szarym rankiem zamknięta limuzyna uwozi Panią Ninę i Pana… Pana… Pani nie zdjęła maski. Panu nie wolno się było przedstawiać: powiedziano mum że ma najsmaczniejsze na świecie usta i całuje nieprawdopodobnie umiejętnie. W mroku ręce… Ręce…
Pani Nina jest pijana. To jest, chyba musi być pijana… Mieszka na Mazowieckiej, ale dawno przejechali już Mazowiecką, przejechali i plac Napoleona… Nie protestuje, nie broni się…
Gdzieś, na jakiejś ulicy, noszące miano pamiątkowe z pietyzmu zbożnego wykwitłem nadane przez najkulturalniejszy z magistratów ku uciesze Chopina, może Moniuszki a może jakiegoś innego kompozytora w wytwornej, cichej garsonierzem rozegra się ostatni bój…
Bój słodki, bo zwycięzca ukorzy się przed zwyciężonym i będzie długo całować jego białe stopy…
I rozsypie się na miękkich poduszkach cudna, ascetyczna kreacja Aleksandra…