Krótkie włosy ujęte w fale ondulacji, otaczają dziś twą twarzyczkę, piękna pani. Krótkie włosy są emblematem naszej epoki, ery tempa życia, kina, sportu, dancingu.
Boginie piękności prastarego świata z legend hinduskich przestrajały swe głowy w wyniosłe hełmy, smukłe korony — dziś pani przynajmniej raz na miesiąc czyni to samo w zakładzie fryzjerskim, siedząc w elektrycznym hełmie przed wielkiem lustrem. Włosy pani układają się w piękne pukle i fale, jednakie w Paryżu i w Krakowie, jednakie w Londynie i Honolulu...
Znalazła się wolna chwilka i przerzuca pani kartki starej powieści. Ma ona zżółkłą okładkę i zżółkłą treść... Kochankowie jadą dyliżansem i mówią długimi, poetyckimi zdaniami, takie to śmieszne! Ale już nie można powstrzymać się od śmiechu, gdy autor zaczyna kreślić obraz swej bohaterki od jej włosów długich aż do stóp, które spływają łagodną falą...
Włosy aż do stóp! Śmieje się pani i biegnie do lustra. Jak śmiesznie wyglądałaby pani z włosami aż do stóp! I z brwiami pozostawionymi tam, gdzie je stworzyła natura. I z niemalowanymi wargami. I z nieróżowanymi policzkami.
A jednak — czy pani wie, że była epoka, gdy długie włosy były wykładnikiem piękności? Czy wie pani, że bladość — ta alabastrowa! — policzków, była synonimem urody, jak i naturalna — ta koralowa! — barwa warg?
Pani mieszka na pierwszym piętrze — a na parterze jakiś starszy pan, którego pani zna z widzenia. Nudny starszy pan, nie patrzy się wcale na panią. Może zakradniemy się do jego pokoju, gdzie nigdy nikogo nie przyjmuje? Ten starszy pan był podobno — dawno temu! — miłośnikiem pięknych kobiet, don Juanem... Nad biurkiem starszego pana wiszą obrazki — twarzyczki kobiece. — Uśmiecha się jego młodość. Bujne, popielate, albo złociste włosy mają te kobiety na obrazkach u starszego pana. Kolorowe wargi rozchyla uśmiech zalotny. Oczy o powłóczystem spojrzeniu...
Nie zna pani takich kobiet? Nie przemawia do pani taka uroda! A jednak był to typ kobiecej piękności, ideał wszystkich mężczyzn u schyłku XIX stulecia — ach, pani jeszcze wtedy oczywiście nie było na świecie...
Z ironicznym uśmieszkiem przypatruje się pani widokówkom, oprawionym w ramki nad biurkiem starszego pana. Od niechcenia czyta pani podpis, powtarzający się pod każdym rysunkiem: Charles Dana Gibson. To nazwisko nic pani nie mówi...
Tak, Gibson, amerykański malarz dziewiętnastego wieku, dzisiaj jest już całkiem zapomniany. A przecież rysownik ten o nieprzeciętnym talencie i niezwykłej płodności, był najulubieńszym artystą swego czasu. Stworzył on typ, nazwany powszechnie od jego nazwiska „Gibson-Girl“. Piórkiem lub akwarelą wyczarowywał niezliczoną ilość główek kobiecych, które zyskały mu niezwykłą popularność nie tylko w Ameryce, ale także i w Europie. Starszy pan kolekcjonował te główki, jak czynili to prawie wszyscy podówczas. To były jego studenckie marzenia, to były jego sny o piękności, których poszukiwał w życiu. Starszy pan pamięta też tancerkę Camilie Clifford, która była wcieleniem typu Gibsona i jako taka, uwielbiana przez tłumy, zbierała huraganowe oklaski w teatrzykach całej Europy.
Pani się te główki nie podobają... Długie włosy — fe! Naturalne brwi, usta, oczy... Nic — pani się śmieje...
To karty pożółkłej powieści... Pani jej nie rozumie. Opuśćmy pokój starszego pana — chodźmy na dancing, gdzie szaleje rumba i carioca... a w takt jej kobieta n-o-w-o-c-z-e-s-n-a…